W taką zimę nie pozostaje nic innego, jak tylko katowanie do oporu filmów deskowych, ewentualnie planowanie jakiegoś skejt wyjazdu do większego miasta. Jest też jeszcze jedna opcja - zawsze można wziąć się do roboty i zorganizować sobie coś na własną rękę.
Chyba każdy skejcik, który nie lubi zbyt długo bezczynnie siedzieć, z pewnością zamarzył kiedyś o własnej minirampie. Samemu takie zadanie z pewnością byłoby bardzo ciężkie do zrealizowania, ale jeśli zbierze się kilku ziomków z podobną rozkminą na deskę, to można osiągnąć dużo więcej, a efekty mogą zaskoczyć samych konstruktorów.
No i tak właśnie było w Kłobucku, we wrześniu 2008 roku. W głowach lokalnej ekipy zrodził się pomysł – budujemy minirampę! Na początku miała być to minirampka na świeżym powietrzu stojąca sobie na podwórku u koleżanki, jednak w międzyczasie udało się zorganizować miejsce w starej strzelnicy sportowej, gdzie w mniejszym pomieszczeniu znajomi mieli próby swojego zespołu, a większe, zagracone pomieszczenie oferowało całkiem sporą powierzchnię, na której spokojnie mogła zmieścić się minirampa.
Samo zorganizowanie materiałów zajęło trochę czasu, ale szybko okazało się, że każdy ma jakieś niepotrzebne palety, deski, płyty, a nawet stare drzwi od mieszkania – wszystko mogło się przydać. Następnym krokiem było zdobycie płyt OCB, z których miały być wycięte profile minirampy, oraz grubych sklejek na wierzch rampy. Najwyraźniej kłobuckiej ekipie sprzyjało szczęście, bo dużą część wymienionych wcześniej materiałów udało się zdobyć w sposób mocno zmniejszający koszty całego przedsięwzięcia – przejęliśmy graty, które miały trafić na śmietnik.
foto: Maciek Kożuch
Kiedy mieliśmy już wszystko nie pozostawało nic innego, tylko zabrać się do roboty. No właśnie, każdy z nas wiedział, jak minirampa wygląda, ale trzeba było dowiedzieć się jeszcze jak dokładnie jest zbudowana. Tutaj radą posłużył nam Mikołaj Baranowski, który miał już doświadczenie w budowaniu takich konstrukcji i dokładnie wytłumaczył Szatanowi co i jak miało być zrobione. Jednak tak kluczową sprawę, jak kąt minirampy, musieliśmy już dobrać sami.
W końcu przyszedł czas, na złożenie wszystkiego do kupy: zaczynając od posprzątania całego miejsca, wykonania niezbędnych pomiarów, złożenia podłoża z palet, dopasowania profili, zbudowania półek, skręcenia wszystkiego deskami, przykręcenia copingów i kończąc na przykręceniu do profili i płaskiej części mini grubych sklejek. Tak w skrócie wyglądały dwa tygodnie ciężkiej pracy całej ekipy i rozkminiania nad problemami technicznymi (zazwyczaj sprawdzało się powiedzenie „Polak potrafi”, a niektóre rozwiązania z pewnością mogłyby niejednego zaskoczyć), wkręcania i wykręcania wkrętów, ale przede wszystkim dobrej zabawy i satysfakcji, że właśnie realizuje się z kumplami, coś o czym zawsze się marzyło.
Wreszcie nadeszła upragniona chwila – rampa była gotowa! Pierwsza jazda i jednak brak wcześniejszego doświadczenia dał się we znaki. Trochę czasu minęło, zanim wczuło się dobrze kąty, które, delikatnie mówiąc, wyszły nam dość strome. Rampa, chociaż nie należała do wysokich, była po prostu trudna! Na tyle, że na początku zwykły rock do fakie stawał się nie lada wyzwaniem, no i bardzo łatwo było o tak zwaną „wycinkę”, bo kącik wchodził w pion i był naprawdę szybki. Za to satysfakcja, jaka płynęła z każdego nowo nauczonego triku – niesamowita.
Oczywiście takie wydarzenie jak otwarcie minirampy musiało zostać odpowiednio uczczone. Na strzelnicę wpadła masa znajomych, do Kłobucka zjechały zaprzyjaźnione ekipy z Łodzi i Częstochowy, była deska, były gleby, było piwo i impreza do rana. Wtedy też rampka, ze względu na „charakterystyczne” kąty, została ochrzczona „podwójnym kłobuckim wallridem” - to chyba przez te gleby:)
Paweł Sobiś - boneless
foto: Maciek Kożuch
Czas szybko mijał, rampka dawała nam schronienie w zimowe, a później też w deszczowe i nadal chłodne wiosenne dni. Na ścianach przybywało plakatów, ktoś przyniósł stare „ryby”, które zagościły na parapecie, a miejsce nabierało klimatu, tym bardziej, że nie służyło tylko do jazdy – nigdy nie zapomnę wielogodzinnych, życiowych rozkmin nie tylko o desce przy piwku i muzie płynącej z odrobinę pierdzących, starych głośników Szatana, które wytrwale służą nam do tej pory. Chyba każdy z ekipy będzie to miło wspominał.
Kiedy pogoda w końcu pozwoliła cieszyć się z jazdy na świeżym powietrzu, mini na chwilę została opuszczona, żeby jesienią znowu wrócić w przyjazne progi strzelnicy sportowej. Przyszedł też czas na zmiany – tak jak wspomniałem wcześniej, rampka była po prostu trudna. Oczywiście każdy, kto jeździł tam regularnie, zdążył wczuć sobie całkiem spory zasób trików, ale o naukę nowych było już raczej trudno. No i szybka decyzja – obniżamy minirampę! A że z wprowadzaniem pomysłów w życie kłobucka ekipa nie lubi zbyt długo czekać, już na początku września 2009, po kilku dniach wytężonej pracy, mogliśmy cieszyć się nowym wcieleniem mini. Po dawnym został jednak ślad – zostawiliśmy część starego profilu i w ten sposób powstało sprytne extension, które jest całkiem miłym urozmaiceniem. Czy było warto? Co do tego chyba nikt nie ma teraz wątpliwości, chociaż mini jest odrobinę niższa, to kąt znacznie złagodniał a jazda na rampce daje teraz jeszcze więcej frajdy, w końcu przyszedł długo wypatrywany progres - nowe triki przychodzą po prostu naturalnie, co jeszcze bardziej zachęca do jazdy i rozkminiania nowych opcji, a przecież o to w tym wszystkim chodzi!
Tak właśnie przedstawia się historia naszej minirampki, która dla nas, kłobuckiej ekipy, jest spełnieniem wspólnych, deskowych marzeń i dowodem na to, że takie przedsięwzięcie może zrealizować każdy, kto będzie miał trochę szczęścia, materiałów, zapału do pracy i kumpli, którym nie straszne jest wycinanie profili ręczną piłą i dokręcanie wkrętów śrubokrętem, kiedy wysiądą już wszystkie narzędzia. W końcu „Polak potrafi”, co nie?
P.S. Chciałbym jeszcze w tym miejscu wspomnieć o chłopakach, dzięki którym to wszystko się udało: Majkel, Bolek, Szatan, Gruby – pozdro!
Maciek Kożuch
Share on facebook